zabójcza biel
KSIĄŻKI

NIECH WAS RĘKA BOSKA BRONI!

Końcówka starego roku i początek nowego, to dla każdego szanującego się książkoholika bardzo dobry czas. Winny temu jest nie kto inny,  jak Święty Mikołaj, który zawsze przynosi całe mnóstwo książek, tak że przez co najmniej dwa miesiące nie trzeba uzupełniać zapasów. A ponieważ, wiadomym jest, że Ci najgrzeczniejsi dostają najlepsze prezenty, to pod choinką, oprócz kosmetyków, ciepłych skarpet w jelenie, rękawiczek w cętki i czekoladowego spinera, czekało na mnie osiem książek. Cztery nowiutkie, pachnące farbą drukarską wydawnicze nowości i cztery pozycje, które swoje premiery miały w dość zamierzchłych czasach.

I powiem Wam, że instynkt mnie niestety zawiódł w tym roku. Oj, zawiódł!

Zaczęłam od ” Cieni śmierci” Georga R.R. Martina czyli piątego tomu Pieśni lodu i ognia. Dobry Boże !!! Męczę go od Gwiazdki, pot zalewa mi oczy a końca nie widać. Brienne Dziewica z Tarthu, jedzie na tym swoim koniu i szuka Sansy już przez 290 stron i na prawdę nie wiem czy ją w końcu znajdzie?. Wiele wskazuje na to, że jednak zaginie w akcji z tymi swoimi głębokimi rozkminami. No dramat! Mój osobisty, mały dramat, bo jestem absolutną wyznawczynią Gry o tron, serial kocham miłością pierwszą, wszystkie poprzednie tomy wciągałam w max. pięć dni, a teraz – czarna rozpacz…

Na otarcie łez i poniekąd dla odmiany klimatu wzięłam więc na tapetę literaturę kobiecą 🙂 – prezent od mojej ukochanej babci. ” Tylko dobre wiadomości „ Agnieszki Krawczyk. I znowu to samo. Czytam, czytam i czytam i jestem w połowie i kompletnie nic się nie dzieje. Nie zawiązuję się tam żadna akcja, nie wybucha żaden ognisty romans, nie ma nawet pół miłosnego zawodu, nie ma żadnego przystojnego bruneta wieczorową porą – czyli taki ogólny brak czegokolwiek, o fajerwerkach nie wspomnę. Mówiąc krótko – kolejna porażka.

Pomyślałam sobie, O.K. nie poddawaj się dziewczyno – czas na kryminał! I z nadzieją, ocierającą się nawet o desperację sięgnęłam po  ” Zabójczą biel „ Roberta Galbraith’a znanego bardziej jako J.K. Rowling. Początek, nie powiem – całkiem dobry. Robin mówi sakramentalne tak i wraca do pracy z Cormoranem, wygląda na to, że kroi się im jakieś ciekawe śledztwo no i… czar pryska! Na stronie 235 porzuciłam nadzieję na dobry kryminał, bo proszę Państwa okazuje się, iż jest to jakiś cholerny melodramat! Robin kocha Cormorana. Cormoran kocha Robin. Robin jednak ma męża, którego zdecydowanie nie kocha. Robin i Cormoran udają, że nic do siebie nie czują, trwa gra pozorów, walka z uczuciami a gdzieś tam w tle, majaczy jakieś tam śledztwo. Koniec. Dziękuję.

Rozpacz.

Chwilowo więc obraziłam się na książki i w ramach intelektualnej rozrywki oglądam obrazki. Albumy ze sztuką mają to do siebie, że są niezawodne. Setny raz, patrzę na to samo arcydzieło i za każdym razem odkrywam tam coś nowego. Poza tym, sztuka – ( nawet ta współczesna, której po wielokroć szczerze nie rozumiem) ma w sobie jakiś spokój, harmonię i zawsze stawia pytania. A powszechnie wiadomo, że myślenie nie boli dlatego polecam i Wam tę formę relaksu 🙂 a gdyby przypadkiem jakieś licho podkusiło Was by sięgnąć po nowego Strike’a to niech Was ręka boska broni!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *